poniedziałek, 5 marca 2018

Rozmyślania studenckie.


Moja uwaga całkowicie się wyłączyła. Nie jestem już w stanie na niczym się skupić, a moja głowa niebezpiecznie opada w dół, ku nieuchronnemu spotkaniu z drewnianym blatem mojej ławki. Moje oczy podejmują wielki wysiłek niezamknięcia się, mięśnie twarzy daremnie usiłują utrzymać na niej rysy choć trochę zainteresowanej tematem osoby. Uszy już nie słyszą konkretnych słów, jakie do nich docierają, odbierają już tylko monotonny szum, z którego od czasu do czasu udaje im się wyłowić jakąś konkretną frazę. Instynktownie szukam swojej poduszki, jednak moja ręka jej nie znajduje, trafiając w próżnię między moją nogą a krzesłem sąsiada. Zasmucony, zerkam na zegarek. Minęło dopiero pół godziny. Porażka. Czeka mnie jeszcze godzina siedzenia w tym miejscu, a ja już się czuję tak, jakbym właśnie przebiegł maraton. Maraton znużenia i zniechęcenia do wszelkiego życia. Tęsknię patrzę na miasto, które rozciąga się tuż za oknem. Widzę drzewa, na początku marca nadal pozbawione pięknych, zielonych liści. Widzę stary, ceglany kościół, który w ciągu swego istnienia zapewne był obiektem podobnych do mojego spojrzeń tysięcy ludzi, którzy przewinęli się przez mury tego budynku, w jakim się obecnie znajduję. Jest rzeczą wprost niewiarygodną, że kiedyś sam tak usilnie zabiegałem, aby się tutaj dostać. Nikt nie uprzedzał o skutkach ubocznych tej decyzji… Skoro już po pół godzinie nachodzi mnie taki Weltschmerz, to aż się boję, co będzie ze mną za godzinę. Przed kościołem stoi most. Pod mostem znajduje się, skuta grubą warstwą lodu, rzeka. Ciekawe, czy gdybym skoczył na tę taflę, to czy moja głowa rozbiłaby się o te zwały zamarzniętej wody. Moja głowa opada co raz niżej, mięśnie twarzy powoli zaczynają dostrzegać, że nie wygrają swojej walki, oczy również bronią się już ostatkiem sił przed upadkiem. Ciężar głowy raptownie wzrasta, do oczu jakby ktoś przywiązał mi niewielkie odważniki. Jak mam wytrzymać do końca swojej męki?

                                                                                                                                        Darek

sobota, 25 listopada 2017

Słów kilka o klasztorze w Nowogrodźcu i nie tylko, czyli zrujnowane dziedzictwo po Kreis Bunzlau.

Gdyby spojrzeć na mapy i pocztówki, związane tematycznie z Bolesławcem i jego okolicami, znaleźlibyśmy całe mnóstwo miejsc, które obecnie już nie istnieją. Jest to zupełnie normalne w dziejach, że jedne obiekty (bądź nawet całe osady, np. Hockenwald pod Łaziskami) znikają, a pojawiają się, nieraz w ich miejscu, jakieś nowe rzeczy. Mógłbym tutaj przytaczać bardzo liczne przykłady, takie jak przedwojenna zabudowa Gnadenbergerstrasse, czyli obecnej ulicy Asnyka w Bolesławcu, po której obecnie nie pozostał nawet ślad. W miejscu, gdzie obecnie znajduje się niewielki zielony skwer Bolesławieckiej Bazyliki Maryjnej, jeszcze osiemdziesiąt lat temu stały całkiem okazałe kamienice, w Nowogrodźcu na miejscu obecnego placu Wróblewskiego znajdowała się pierzeja wschodnia sąsiedniego Rynku, a tam, gdzie teraz są niszczone ostatnie pozostałości po sowieckim mieście Pstrążu, w czasach wcześniejszych znajdowała się wioska o nazwie Strans. Na szczęście ząb czasu i ostry sierp naszych braci wyzwolicieli (tudzież bzdurne nieraz ustawy ich polskich towarzyszy), którzy przynieśli tym ziemiom stalinowskie światło wolności i jedynie słuszną demokrację ludową, nie zrównał  z ziemią wszystkich zabytków w tej okolicy. Było nie było, trochę się tego zachowało, na przykład okazała Bazylika Maryjna w Bolesławcu czy urokliwa zabudowa Zebrzydowej. Nadal możemy oglądać piękny kościół św. Jadwigi w Tomaszowie Bolesławieckim, jednak każdy, kto choć raz był w tej miejscowości dobrze wie, że tuż obok znajduje się jeszcze jedna świątynia, kompletnie zrujnowana i od dziesięcioleci nieużywana. Dawny kościół ewangelicki w dawnym Thomaswaldau, znajdujący się przy głównej drodze z Bolesławca do Wrocławia, otoczony gęstymi zaroślami, nie jest niestety jedynym przykładem takiego miejsca, które co prawda przetrwało jakoś starcie ze złotym sierpem czerwonego brata bądź z jakimś innym czynnikiem, ale nadal walczy o przetrwanie z dużo bardziej od nich bezlitosnym czasem, który powoli i konsekwentnie go po prostu zmazuje z map. Przykładów jest mnóstwo i pozwolę sobie przytoczyć kilka z nich. Pałac w Gościszowie, renesansowa perełka, obecnie zupełnie zrujnowany niszczeje z roku na rok co raz bardziej. Kościół ewangelicki w Starych Jaroszowicach, zniszczony już tak dalece, że w zasadzie ocalał tylko jego szkielet. Pałac w Rakowicach, którego resztki są obecnie wykorzystywane jako jedna wielka szopa na narzędzia. Kino sowieckie w Kresówce, znanej też jako Szczytnica-Osiedle, które prawie trzydzieści lat po (paradoks historii!) pozbyciu się wojsk sowieckich z naszej ojczyzny jest już w stanie tak złym, że nie wiem, czy miałbym odwagę się tam pokręcić. Zdewastowany i zarośnięty niemiecki cmentarz ewangelicki przy ulicy Ptasiej w Bolesławcu, z którego prawie nic już nie zostało. Mógłbym tak jeszcze długo. Bardzo długo. Dodam, że jeśli ktoś powiedziałby, że przecież są przykłady uratowania takich miejsc, jak te wyżej wymienione, to owszem, zgodziłbym się z nim. Umiałbym nawet wymienić je wszystkie- zamek  w Kliczkowie, pomnik poległych podczas I Wojny Światowej mieszkańców Bożejowic (gdy polskie groby, nie pomniki, na ulicy Lubańskiej w Bolesławcu zarastają co raz to bardziej) i pałac w Kruszynie. Żadnego z nich, poza chyba tylko tym dość niewielkim pomnikiem nie uratowały władze lokalne, regionalne czy państwowe. Zamek w Kliczkowie i jego ocalenie stanowią efekt zainteresowania firmy Integer SA, a pałac w Kruszynie odremontował jego prywatny właściciel. Na terenie samego Bolesławca można wspomnieć tylko uratowanie Teatru Starego przed popadnięciem w ruinę oraz podobny zabieg na dawnym kinie Orzeł, gdzie rzeczywiście władze wykazały się hojnością, a efekt jest w obu przypadkach więcej niż rewelacyjny. Niestety, ale cztery obiekty, z czego te bolesławieckie przed gruntownymi remontami były normalnie wykorzystywane, to tylko chlubne wyjątki. Ktoś mógłby powiedzieć, że na pozostałe zabrakło pieniędzy. To ja mu wtedy odpowiem tak – w kasie miejskiej i powiatowej jakoś znajdują się spore fundusze na budowę kolejnych galerii handlowych, tak potrzebnych bolesławianom, jak matematykowi znajomość pocztu władców asyryjskich. Dlaczego zamiast budować nie wiem już którą mini galerię (bo wszystkie dotychczas powstałe no cóż… we Wrocławiu zapewne ulokowano by je na Psim Polu bądź Brochowie jako średnie markety. Tamtejsza Galeria Dominikańska dorównałaby wielkością wszystkim dotąd zbudowanym galeriom w Bolesławcu, a sama Wroclavia by je wszystkie miażdżąco zdeklasowała. Nie wyłączając Dominikańskiej.), która ma powstać na dawnym Dworcu Wschodnim, nie przeznaczy się tych pieniędzy na ratowanie słynnego już kościoła ewangelickiego w Żeliszowie, który to ratunek stoi w miejscu od lat? Dlaczego zamiast budować Starą Mleczarnię albo kolejną Biedronkę, Pepco i Rossmanna na nowym dworcu autobusowym te fundusze nie poszły choćby na odbudowę kolei podmiejskiej Bolesławiec-Nowa Wieś Grodziska-Lwówek Śląski? Z jakiej racji udało się zabudować piękne wzgórze na pachnącym nowością Osiedlu Słowiańskim, a nie jest możliwe uratowanie zrujnowanych kościołów w Tomaszowie i Starych Jaroszowicach? Można powiedzieć, że to jest przecież dziedzictwo niemieckie, że my, Polacy, nie mamy obowiązku ratować tych miejsc. Zbudowali je Niemcy, to niech teraz oni je ratują, przecież my i tak zajmujemy się naszymi zabytkami i nekropoliami na naszych dawnych Kresach. Rzeczywiście, coś w tym jest. Będąc we Lwowie oraz jego okolicach, widziałem w jak głośno wołającym o pomstę do nieba stanie jest spora część naszego dziedzictwa. Na lwowskim Hołosku spacerowałem po straszliwie zaniedbanym polsko-ukraińskim cmentarzu, widziałem stare, archiwalne zdjęcia barbarzyńsko zdewastowanego Cmentarza Orląt Lwowskich, w Mościskach oglądałem zrujnowane domki, w Żółkwi bolałem nad losem zaniedbanego w ogromnej swej części zamku Jana III Sobieskiego. Widziałem też, jak w Drohobyczu Polacy uprzątali tamtejszy polski cmentarz przy drodze na Truskawiec (podobną sytuację przeżyłem u nas, w Kraśniku Dolnym, gdy pewna młoda Niemka odnawiała niemieckie groby na tamtejszym cmentarzu), w dwóch lwowskich kościołach na remontowanych ich fragmentach zawieszono płachty informujące, że renowację tychże opłaca polski Senat, a w Mościskach zwiedzałem, odzyskany jeszcze z rąk Sowietów, polski kościół. Tak, Polacy usiłują ratować to, co pozostało po nas na Kresach. Jest to ogromny wyrzut dla Ukrainy, Białorusi i Litwy, które częstokroć nie mogą (bądź nie chcą!) tego zrobić za nas. Oburzamy się za każdym razem, gdy widzimy ruiny naszych  pałaców, kościołów i chutorów- i słusznie. Ciekawe, że gdy tylko taki głos dojdzie do nas z Niemiec odnośnie naszych ziem, zazwyczaj zakrzykujemy go, oskarżając jego nadawcę o niemiecki szowinizm i rewizjonizm, nieraz mówiąc ‘’Sami tego chcieliście, mordując kilka milionów naszych rodaków’’. Argumenty emocjonalne nie są tutaj niczym dobrym. Tak samo jak taka Białoruś czy Ukraina/Litwa ma obowiązek dbać o nasze zabytki na Kresach, tak samo my mamy obowiązek troszczyć się o to, co zastaliśmy na dawnych niemieckich ziemiach wschodnich, które nazwaliśmy Ziemiami Odzyskanymi. A teraz najlepsze- jeśli przyjąć nazwę Ziemie Odzyskane, to znaczy, że wszystko, co się na nich znajduje, jest naszą własnością, jak sama nazwa wskazuje- odzyskaną. A skoro taki zrujnowany  klasztor w Nowogrodźcu, założony notabene przez polską księżną w 1217 roku, świętą Jadwigę Śląską, jest naszą własnością, to argumentacja, że to jest wytwór niemiecki, trochę się tutaj załamuje. Poza tym cóż, we wrześniu 2017 roku zaczęto restaurowanie niemieckich napisów, skutych zaraz po wojnie betonem, z epitafiów w murach Bolesławieckiej Bazyliki Maryjnej. Napisów z czasów dominacji niemieckiej, napisanych po niemiecku przez Niemców… to jakoś możemy ratować, prawda? Wspomniałem właśnie o klasztorze w Nowogrodźcu, o którym jest mowa też w tytule. Przepraszam, że ten temat właściwy kazał na siebie tak długo czekać, ale nie było innego wyjścia i ten wcześniejszy rys był po prostu konieczny. A więc, skoro mamy już za sobą tę formalność, przejdźmy wreszcie ad rem!
Klasztor w Nowogrodźcu, a właściwie to jego ruiny, znajduje się tuż obok barokowego kościoła pod wezwaniem św. Piotra i Pawła. Został założony osiemset lat temu, a dokładniej w Roku Pańskim 1217, za sprawą świętej Jadwigi Śląskiej, o czym już zresztą wspomniałem, jednak warto powtórzyć tę informację dla porządku. Ulokowano w nim, po raz pierwszy w historii naszego kraju, siostry magdalenki. Istnienie klasztoru jest bezpośrednio związane z lokacją miasta Nowogrodźca, czyli mówiąc po ludzku, nadaniem mu praw miejskich, a jeszcze bardziej  po  ludzku- aby podnieść prestiż i znaczenie klasztoru, dotąd znajdującego się w przygranicznej (kilkaset metrów od klasztoru znajduje się rzeka Kwisa, która aż do XIX wieku była rzeką graniczną między Śląskiem a Łużycami/Saksonią) wsi, zrobił ze wspomnianej wioski miasteczko. Stało się to w Roku Pańskim 1233. Minęło 159 lat i Nowogrodziec, a więc i nasz klasztor, znalazł się pod panowaniem czeskim. Długo by mówić, jak do tego doszło, więc sugeruję spuścić tutaj na to zasłonę milczenia. Zainteresowanych odsyłam do Historii Śląska z 2002 roku, pod redakcją Marka Czaplińskiego. Tuż po dobiciu setki lat w granicach Korony Czeskiej, po przetrwaniu najazdów husyckich i wielu momentów lepszych bądź gorszych dla zgromadzenia, klasztor postanowił zaszaleć i poszedł na całość. Co zrobił? Kupił sobie… Nowogrodziec. Aż do kasaty, jaką przeprowadzono w 1810 roku, klasztor był właścicielem całego tego miasteczka! Trzeba przyznać, że siostry zakonne z Nowogrodźca, znanego wtedy raczej jako Naumburg am Queis, znały się nie tylko na modlitwie, ale na zarządzaniu swoją nową własnością również. Zakon doprowadził do budowy kanalizacji, pilnował porządku publicznego w mieście, a gdy przychodziły zarazy, wojny i pożary, nieraz pomagał mu stanąć na nogi po trudnych doświadczeniach. Nieraz sam padał ofiarom pożarów i innych      zniszczeń, jednak choć konwent nieraz toczył zacięte spory z radą miejską Naumburga, miasto również go wspierało. Przez stulecia Nowogrodziec-Naumburg był całkowicie wolny od reformacji, która przez dość długi czas obejmowała swoim zasięgiem sąsiedni Bolesławiec, znany pod niemiecką nazwą Bunzlau. Tamtejszy męski klasztor Dominikanów starcia z luteranami nie wytrzymał i musiał ulec rozwiązaniu, a miasto aż do końca wojny trzydziestoletniej pozostawało protestanckie. Katoliccy Bunzlauerzy odwiedzali Naumburg bardzo często, aby móc tam w spokoju praktykować swoją wiarę. Sytuacja sióstr zmieniła się na gorsze, gdy rządy w okolicy przejęło państwo pruskie, którego władcy byli zdeklarowanymi protestantami. Klasztor miał co raz więcej kłopotów z nieprzychylną mu pruską administracją, a gdy w 1810 roku pojawiła się taka możliwość, król Prus ogłosił kasatę dóbr klasztornych na Śląsku. Uznał, że w dobie Oświecenia zakony… straciły swą rację bytu. Ciekawe, bo jakoś sporo zgromadzeń zakonnych dziś stanowi ważny filar polskiej działalności charytatywnej, ich kasacja dziś byłaby śmiertelnym ciosem dla naszej dobroczynności zorganizowanej. Tak czy siak 30 października 1810 roku w klasztorze pojawiła się komisja kasacyjna i zamknęła niemal sześćsetletnią historię tego zgromadzenia. W budynkach poklasztornych do zakończenia II Wojny Światowej ulokowano sporo różnych rzeczy. Był lazaret w czasie kampanii z 1813 roku, były areszt, sąd, przytułek, kaplica ewangelicka, a nawet ewangelickie seminarium. Myślę, że parę ciekawych instytucji jeszcze dałoby się dopisać do tej listy. Dzieje gmachów dawnego klasztoru, niewątpliwie bardzo ciekawe, gwałtownie przerwała II Wojna Światowa. W lutym 1945 roku o Nowogrodziec stoczyła się zażarta bitwa między Niemcami i Sowietami, która zakończyła się oczywiście zwycięstwem bolszewików, którzy wkroczyli do miasteczka i od razu rozpoczęli swoje krwawe, bestialskie rządy. Niespecjalnie w nieustannym rabowaniu, gwałceniu i podpalaniu przeszkadzało im to, że zaledwie kilka kilometrów na południe rozgrywa się ostatnia niemiecka kontrofensywa lubańska. Sowieci oczywiście nie mogli sobie odpuścić pohulania po pozostawionym samemu sobie klasztorowi, nie mając pojęcia, że ponad sto lat wcześniej w tych murach ratowano życie ich przodków z czasów epoki napoleońskiej, walczących w wojnie, do której niejednokrotnie odwoływał się nawet Stalin- wojnie z Napoleonem. Barbarzyńscy następcy carskich żołnierzy doprowadzili klasztor do całkowitej ruiny, zrabowali co się tylko dało, a efekty ich poczynań no cóż, widać do dnia dzisiejszego. Na przedwojennych pocztówkach i zdjęciach, niestety bardzo nielicznych, widać go jako piękny kompleks kilku budynków, w którym z pewnością zainteresowany znajdzie to, czego potrzebuje. Zachowały się widoki czystych, zadbanych krużganek, obecnie zasypanych piaskiem, odartych z tynku i przeciętych na sklepieniu długą rysą, pamiątką po szabrownikach, którzy wyrwali stamtąd kable elektryczne. Widziałem przedwojenne ujęcie dawnego refektarza, na środku którego stał suto zastawiony stół, a teraz ściany tego pomieszczenia są poobdzierane i splugawione okropnymi graffiti, w podłodze znajduje się spora dziura wiodąca do klasztornych podziemi, a okna straszą pustkami.
Klasztor w Nowogrodźcu w Roku Pańskim 2017 jest ogromną ruiną. Składają się na niego trzy duże budynki, jeden mniejszy i pas murów obronnych przy ulicach Młyńskiej i Strzeleckiej. Największym gmachem jest oczywiście ten, w którym znajdują się wspomniane krużganki i nadal budzący podziw refektarz. To właśnie ta część klasztoru zachowała się w najlepszym stanie. Do dnia dzisiejszego ocalał nawet klasycystyczny portal wejściowy oraz stosunkowo rozległe podziemia. Gdyby nie to, że znajduje się w nich mnóstwo gruzu, można by je uznać niemalże za nienaruszone. Uchowały się tam nawet stare, zardzewiałe haki, pozostałości pieców, a także skomplikowana sieć pomieszczeń i korytarzy. Widziałem nawet starą, wypaloną żarówkę, której nikt przez te wszystkie lata nie wykręcił i nie wyniósł na powierzchnię. Zachowały się przynajmniej cztery wejścia do podziemi, a czy jest ich więcej, tego nie wiem. Parter, włącznie z krużgankami i refektarzem, jest już w znacznie gorszym stanie. Odarte z tynku ściany, wykonane z piaskowca, robią co prawda ogromne wrażenie, ale nadal jest to ruina, zaledwie ślad po dawnej świetności. Gmach ma kształt litery L, na której krótszym końcu poprowadzono jeszcze krótką linię pionową, równoległą do jej dłuższego ramienia. Przepraszam za nieomal matematyczną gadaninę, za winę żałuję i obiecuję się poprawić. Wracając do naszych baranów, jak to mawiają Francuzi, wyższa kondygnacja gmachu głównego jest już nie do uratowania. Zawalenie się dachu spowodowało zniszczenie wszystkiego, co się tam znajdowało i tylko na krótszym pionowym ramieniu cokolwiek się uchowało. Owszem, można się po tym miejscu jeszcze poruszać, ale raczej z maczetą w ręku, bo wszystko już tak zarosło, że w ciągu kilku lat wszystko prawdopodobnie się zawali… przysypując to, co znajduje się na parterze. Drugi gmach jest równoległy do głównego i przyznaję się bez bicia, że nie byłem w nim jeszcze ani razu. W jednym miejscu zachował się nawet niemały fragment tynku, jednak patrząc z zewnątrz, budynek jest w stanie już agonalnym. O ile wstęp do gmachu głównego jest bezproblemowy, zachowały się nawet schodki przy wejściu głównym, to tutaj sprawę utrudniają zarośla. Gmach wygląda na nowszy od głównego, jednak nie chcąc mówić o miejscu, którego jeszcze nie zwiedziłem, przejdę do trzeciego gmachu. Styka się on z budynkiem drugim, jego ścianę z pięknie zdobionymi oknami widać, kiedy stoi się przy sąsiednim kościele św. Piotra i Pawła, swego czasu połączonym z gmachem głównym klasztoru specjalnym korytarzem. Później zlewa się on w jedną całość z murami przy ulicy Strzeleckiej, więc wstęp doń jest możliwy i od ulicy (przez okno) i od strony pozostałych gmachów. Stan zachowania tej części klasztoru jest niezły, choć budynek główny jest jednak w nieco lepszej sytuacji. Warto jednak zaznaczyć, że tutaj zachowała się jednak w niemałej części górna kondygnacja, a także niewielkie podziemia. Niestety, ale zamurowano wielką bramę wjazdową, wychodzącą niegdyś na ulicę Strzelecką, a która znajduje się właśnie w tej części klasztoru. Ostatni budynek, najmniejszy, również jest złączony z murami obronnymi, jednak jest on    w zasadzie całkowicie zawalony. W nim też jeszcze nie byłem, ale patrząc z górnych kondygnacji trzeciego gmachu, sytuacja tam panująca wygląda bardzo nieciekawie. Prawdopodobnie wszystko się już tam zawaliło. Gmach główny i ten drugi, poważnie już zarośnięty, tworzą razem rozległy kwadrat, w którym kiedyś znajdował się dziedziniec. Obecnie jest to tylko jeden wielki, zarośnięty dziki trawnik, w którym widać już tylko niewielką studnię.
Katastroficzny opis, prawda? A takich miejsc w naszej okolicy jest o wiele, wiele więcej. W starych murach, niegdyś tętniących życiem – czy to świeckim, czy też i tym duchowym – teraz tylko wiatr zakłóca ciszę, ewentualnie jakiś pijaczek bądź śmiałek, który ośmieli się zapuścić w takie ruiny. Długo można by się zastanawiać, dlaczego są skazane na takie powolne umieranie. Zwłaszcza że pieniądze na budowę nowych pseudogalerii handlowych, McDonalda (o którym dziwnym trafem wspomniano akurat wtedy, kiedy Amerykanie z Artyleryjskiej zaczęli wybrzydzać -dosłownie- na polskie jedzenie. Podobno jesteśmy suwerennym państwem, więc niech to oni się dopasują do nas, a nie my do nich. Ewentualnie niech zakupią sobie grunt od miasta i postawią tę restaurację na koszt swoich władz, nie widzę problemu), czy kolejnych parkingów, jakich mamy co nie miara w całym mieście jakoś się znajdują. Dlaczego by nie odbudować kościoła w Żeliszowie i nie ulokować tam małej izby regionalnej? Jak długo władze świeckie i kościelne będą pozwalały, aby cmentarze chrześcijańskie niszczały i zarastały z roku na rok co raz to bardziej? Mam swój pomysł na wykorzystanie przynajmniej tych nowogrodzieckich ruin i brzmi on następująco:
Obecny dyrektor Teatru Modrzejewskiej w Legnicy, Jacek Głomb, przedstawił kilkanaście lat temu bardzo ciekawą koncepcję teatru w ruinie. Polega ona na wystawianiu spektakli teatralnych w różnych opuszczonych miejscach, oczywiście uprzednio zaadoptowanych do takich celów. Klasztor w Nowogrodźcu, gdyby odbudować jego dach i zabezpieczyć cały kompleks, oczyścić go z nadmiernej roślinności i chaszczy, a także rozlokować tam wszelką niezbędną infrastrukturę techniczną, byłby wręcz idealny jako takie miejsce, budynek zamiejscowy legnickiego teatru. Patrząc na odległość z Nowogrodźca do Legnicy widać jednak, że przecież spektakle odbywałyby się tam zapewne stosunkowo rzadko, nawet gdyby umożliwić występy naszym teatrom amatorskim z Bolesławca. I tu się kłania niesamowite rozwiązanie, jakie zastosowało podlwowskie miasto Żółkiew. W Żółkwi znajduje się zrujnowana synagoga, która została odpowiednio zabezpieczona i udostępniona dla zwiedzających, którzy mogą tam wchodzić za symboliczną opłatą, wynoszącą w maju 2017 roku 6-10 hrywien, czyli maksymalnie po 1,50 zł. za osobę. Pomijając oczywiście próby i występy, jakie miałyby tam miejsce, klasztor można by również zabezpieczyć jako trwałą ruinę i udostępnić dla publiczności. Myślę, że możliwość swobodnego poruszania się po tak okazałych ruinach zainteresowałaby wiele osób, w tym turystów. Klasztor należałby nadal do miasta Nowogrodźca, który dzieliłby się dochodami z Teatrem Modrzejewskiej i Teatrem Starym w Bolesławcu, przynajmniej tymi z występów. Okazjonalnie w ruinach można by było wyświetlać filmy, zresztą klasztor mógłby stanowić interesujący plan filmowy, a Nowogrodziec już po kilku latach mógłby zacierać ręce i obserwować zyski, jakie płynęłyby z funkcjonowania klasztoru w takiej formie. W podziemiach i gmachu trzecim, tym połączonym z murami na Strzeleckiej, dałoby się zorganizować coś na rodzaj escape roomów. W Polsce popularne są larpy postapokaliptyczne, im też można by wydawać koncesje na wykorzystywanie nowogrodzieckich ruin. Myślę, że zajęcie kilku sal przy wejściu frontowym na niewielką izbę pamięci bądź nawet mini muzeum, przedstawiające historię tego miejsca, też nie byłoby złym pomysłem.
            Zdaję sobie sprawę, że cały ten plan jest bardzo ambitny. Escape roomy w starych podziemiach, częściowa odbudowa klasztoru, zainstalowanie jakże niezbędnej przecież technicznej infrastruktury, zabezpieczenie cennych znalezisk, gdyby takie w czasie prac remontowych się odnalazły, sprowadzenie do klasztoru muzealiów związanych z tym miejscem, odpowiednia reklama zrujnowanego kompleksu, zakup niezbędnego wyposażenia teatralnego i podstawowego sprzętu kinowego (prawdziwe kino tam by nie powstało, ale ekran, siedzenia, rzutnik, komputer, kasa i oczywiście filmy też kosztują), a także różne inne wydatki z pewnością przekraczają możliwości Nowogrodźca, jednak w obecnych czasach miasto nie byłoby zdane samo na siebie. Starostwo bolesławieckie i województwo dolnośląskie, nie mówiąc już o teatrach w Legnicy, Bolesławcu  i ewentualnie jeszcze innych (np. Jelenia Góra), widząc tak duży potencjał turystyczny, mogłyby podjąć ryzyko i wspomóc gminę miejsko-wiejską Nowogrodziec w tym wielkim dziele. Jakkolwiek nie przepadam za Unią Europejską, muszę zauważyć, że można by zwrócić się o pomoc do instytucji unijnych, wszak dopóki Polska płaci składki do wspólnego budżetu, mamy do tego pełne prawo. Gdyby nadać odpowiedni rozgłos całej sprawie, zwłaszcza w mediach, można by skłonić do pomocy osoby bogate, związane w taki czy inny sposób z Nowogrodźcem lub chociaż z okolicami Bolesławca. Tak samo, jak poprzez różne organizacje społeczne można oddawać 1% podatku na różnego rodzaju zabytki, w tym remont Bolesławieckiej Bazyliki Maryjnej, można by umożliwić coś takiego na cel sfinansowania tych wszystkich prac. Remont klasztoru i jego późniejsze funkcjonowanie na pewno jeszcze bardziej zmniejszyłyby bezrobocie w regionie, bo będzie potrzeba bardzo wielu rąk do pracy. Koszt tych wszystkich prac z pewnością zwróciłby się, bowiem byłaby to atrakcja na poziomie podobnym do słynnej pruskiej twierdzy w Kłodzku, które czerpie ogromne zyski z jej utrzymywania. Po zakończeniu prac wszystko zależałoby po prostu od dobrej reklamy. Skoro mała Fatima umiała wykorzystać to, co się stało na jej terenie sto lat temu i teraz jest dobrze znana na całym świecie, to czemu Nowogrodziec nie mógłby spróbować zaistnieć na mapie Polski ze swoim klasztorem? Wrocław był w stanie ocalić budynki poklasztorne, czyniąc z nich np. siedzibę Wydziału Filologicznego czy kultowy lokal o nazwie Stary Klasztor. Co prawda Wrocław jest o wiele większy od Nowogrodźca i ma o wiele większe możliwości, ale miasteczko nad Kwisą, jeśliby dobrze rozegrać sprawę klasztoru, mogłoby stać się ważnym ośrodkiem teatru w ruinie, działności grup postapokaliptycznych i rekonstrukcyjnych czy świetnym planem filmowym.

            W obecnych czasach wystarczy tylko dokonać mądrej inwestycji. Mądrzejszej, niż budowa kolejnej mini galerii.




czwartek, 9 listopada 2017

Kubek i stół

Prehistoria

Z początku nie wiedziałam, kim jesteście. Jeden okrągły, mały, drewniany, zamknięty. Drugi większy już otwarty. Obchodzę was bez lęku dookoła. Stukam, pukam, dotykam, kopię. Z sakiewki wyciągam kawałek krowiej skóry i uważnie notuję:

-Obiekty nie zagrażają ludziom.
-Obiekty nie czują urazów mechanicznych.
-Obiekty nie posiadają odruchów istoty żywej. 

Wkładam zapiski z powrotem do sakwy, następnie oddalam się najdalej od nowo poznanych przedmiotów.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------

XVIII wiek

Koniec XVIII wieku, w oddali słychać głosy skandujących ludzi i wystrzały z karabinów. Z niepokojem patrzyłam na tę całą sytuację z mojego okna. Po dłuższej chwili odeszłam od niego, lecz krzyki bólu i nienawiści przywołały wspomnienia.
-Tylko ty potrafisz mnie pocieszyć- powiedziałam, wpatrując się w kubek napełniony ciepłym mlekiem.
-Nie dość że wdowa bez dzieci, rodziny, przyjaciół- westchnęła- Przecież minęło już pięć lat, a ja ciągle zatapiam się w żalu- kropla łzy spłynęła na stary, drewniany stół.
-Nie mówcie, że będzie dobrze!- depresyjnie porozumiewałam się z mlekiem i stołem, przy którym siedziałam.
-Co sadzicie o dzisiejszej polityce?- ironicznie uśmiechnęłam się, nadal wpatrując się w mebel i naczynie, które ani drgnęły.
-Odpowiedzcie coś? Halo! Może chociaż jak się czujesz? Dolać mleka? Czy chociaż zwykłe zamknij się?!- zdawałam się krzyczeć. Emocje pobudzone wspomnieniami gotowały się w środku. Zdesperowana brakiem odpowiedzi gwałtownie wylałam mleko, które rozlało się po stole niczym łzy.

~Imbir

czwartek, 2 listopada 2017

Spotkanie

 Tylko parę chwil dzieli mnie do spotkania. Tego wyjątkowego, niezapomnianego wręcz historycznego spotkania, które może wszystko zmienić. Spotkania dwóch osób może trzech, czterech a nawet całej grupy.
 Ludzi zupełnie innych poglądów, innej karnacji, cechach, zachowaniach. Ludzi o różnym odstępie wiekowym, o całkiem obcej religii i zwyczjach. Ludzi, których łączy jeden wspólny cel, do którego dążę. Krok po kroku. 1, 2, 3, 4, 1, 2, 3, 4, 1, 2, 3... i cisza.
Dlaczego? - cisną się słowa na moje usta. Dlaczego teraz? Dlaczego zawsze? 
Nie potrafię tego zrozumieć.
Nie potrafię tego wytłumaczyć.
Jest mi smutno.
Jestem dalej zamknięty w sobie.
Jestem dalej sobą, ale... czy to dobrze?

~ Mateusz        

Spotkanie

Kostka lodu
spotyka zęby, boli ale
tylko przez chwilę.
Język pali, ale umysł pozostaje
nieczuły taka jak już
od dawna. Przyszłam
tu spotkać kogoś
dawno niewidzianego.
Przyszłam tu spotkać sama
siebie, ale uparcie
nie mogę do siebie dojść.
Ale spokojnie, poczekam
jeszcze jedno uderzenie życia.
Ania Z.

Spotkanie

Skroń o skroń
język o język
poruszanie wędzidełkiem
bezszelestnie
ale z wyczuciem
poczuciem wstydu
sponiewierani
roztarci palcem o blat
milczymy o sobie
mówiąc o sobie
Majas