środa, 5 lipca 2017

Pustki i zniknienie. Powrót.

Kto czyta, ten wie. Pustki na blogu, zniknienie ze świata.( trop u Jana pod Lipą). U nas, w naszym warsztatowym domu, znikanie odbywa się cyklicznie; taka tradycja. Świat z tego powodu nie boleje, pustka po blogu szybko wypełnia się jakąś inną treścią (jak wiadomo - internet nie znosi próżni, a z kolei próżne życie bez internetu jest nieznośne ). Samotnym echem zabrzmiał więc na blogu jeden i drugi post, i nic - cisza i pustka. Ale za to - ile w życiu! Ile zdanych matur! Ilu studentów, licealistów i innych odkrywców ! Podróżnicy, ambitni planiści i marzyciele! Jesteśmy z Was dumni, my - którzy wracamy, żeby na nowo wypełnić pustkę po Waszym zniknięciu. Spoglądając wstecz i patrząc przed siebie, widzimy ją jako przestrzeń dla nas...

poniedziałek, 21 listopada 2016

O poetyce słów kilka


Siedzę na ćwiczeniach
nic się tu nie uczę
choć jestem studentem
pradawnej uczelni.

Wykładowca mówi
tutaj nam o wszystkim
choć o poetyce
nie ma ani słowa.

Jesteśmy biedactwa
bo nas ta godzina
z czas ulotnego
z wolna nas odziera.

Czasem dla nas tylko
nadejdzie mała chwila
kiedy się zbliżymy
do mądrych tematów.

I tak jest co tydzień
(albo niekoniecznie)
na tej poetyce
na najlepszych ćwiczeniach
w dziejach tej uczelni.

napisano na Instytucie Filologii Polskiej we Wrocławiu

wtorek, 1 listopada 2016

Na cmentarzu.


Bolesławiec, 1 XI 2016

Leżycie tutaj

pod tymi kamieniami

pięknymi pomnikami

w królestwie zmarłych.



Wy pamiętacie

dawne czasy

o których my możemy

Czytać tylko w książkach.



Leżycie tutaj

nieruchomo- niczym posągi

a Wasze usta wciąż milczą

i Wasze nogi- nie chodzą.



Prastare napisy na grobach

nierzadko zatarte

opowiadają o datach

Waszego żywota.



Jeśliście mieli szczęście

to jest tam coś więcej

niż tylko nazwisko,

daty narodzin i zgonu

i prośba o Anioł Pański.



Chodzę między Wami

Czuję Wasze spojrzenia

Na starym cmentarzu

W moim pięknym mieście.

~napisano 1 listopada 2016 roku w Bolesławcu.

niedziela, 21 sierpnia 2016

Na placu we Lwowie

Mamy godzinę dwudziestą, ruch na ulicach powoli już maleje, lecz On, wytrwały, czujny, doświadczony handlarz nadal jeszcze nie opuszcza swego stanowiska. On to, ostatni spośród wielkich rekinów lokalnego biznesu, codziennie okupujących plac przy Wieży Korniaktów, wypatruje jeszcze ostatnich klientów. Pozostał już całkiem sam, najwytrwalszy z wytrwałych, ludzie mijają go bez słowa, lecz on nadal czeka. Żywi się resztkami dogasającej wraz ze słońcem na niebie nadziei na to, że pojawi się tutaj człowiek, który zatrzyma się przy ostatniej reducie handlarskiej Lwowa, weźmie do rąk jedną ze spoczywających przed nim książek, a może nawet i więcej. Może choć jedna wzbudzi w nim zainteresowanie, a wtedy wyciągnie on ze swej kieszeni portfel, dokładnie przeliczy to, co ma przeliczyć- choć jeśli pomyliłby się na korzyść handlarza, to nawet i lepiej. Człowiek ten poda ostatniemu wojownikowi Korniaktów magiczne zwitki papieru, zwane hrywnami, a może nawet- ach, jakie by to było piękne- zamiast hrywien trafią się złotówki… albo- ze czcią nabożną należy wymówić TĄ nazwę-albo trafią się nawet te słynne, amerykańskie DOLARY?
Wytrwały ataman, jedynowładca niewielkiego placu w centrum miasta, czeka, na razie bezowocnie… co będzie dalej, to już czas pokaże.

Napisano 19 lipca 2016 roku na placu przy Cerkwi Wołoskiej we Lwowie.

Ostatni bastion.

W wielkim gwarze
w samym sercu ogromnego huku
siedzi pewna osoba
wyspa ciszy w morzu głosów.

Jedyna spokojna reduta
wśród ludzkiego hałasu
nie zwraca uwagi
niemalże nikogo.

Siedzi skupiona
na swoich czynnościach
całkiem zatopiona
w swoim własnym świecie.

Nikt jej nie przeszkadza
ona nikomu nie wadzi
może tak jest najłatwiej
zachować dzisiaj tożsamość ?

napisano 18 sierpnia 2016 roku w Bolesławcu

sobota, 30 lipca 2016

Noc

Mamy co prawda XXI wiek, co stanowi fakt niesporny nawet dla największego entuzjasty teorii spiskowych, ale w niczym, absolutnie w niczym mi to nie przeszkadza, abym mógł posilić się w kamiennej karczmie, i to w samym centrum dużego, gwarnego miasta. Schodzę po niewielkich schodach ze świata samochodów, tramwajów i marszrutek prosto do świata starodawnego, kozackiego, gdzie słowo ‘’kozacki’’ wcale nie ma tutaj takiego znaczenia jak to, jakie obecnie jest tak bardzo popularne. Ja co prawda po ukraińsku nic ne panimaju, ludzie stąd z kolei po polsku też wiele z siebie nie wyduszą, no ale tutejsze kelnerki (swoją drogą ubrane w czarne, skórzane, rzeźnickie fartuchy), są bardzo inteligentne. Jedna z nich wdaje się ze mną nawet w krótką, dwujęzyczną rozmowę, z której oboje wyciągamy bez trudu potrzebne nam informacje. Niestety, ale nie można powiedzieć tego samego o kelnerach płci męskiej, którzy oprócz zupełnego braku zdolności porozumienia się ze mną wyglądają wręcz katastrofalnie w tych samych fartuchach, które na młodych kelnerkach wywierają na mnie ogromne wrażenie. Wokoło mnie wiszą stare tarcze, ozdobione herbami różnych, znamienitych rodów. Jednak czy są to symbole kozackich familii, czy może łupy zdobyte na polskich szlachcicach, tego chyba nie dowiem się nigdy.
                Na moim stole pojawia się nareszcie długo wyczekiwane mięso. We mnie, wygłodniałym i strudzonym całodziennymi wojażami podróżniku, budzi się dziki, nieokiełznany drapieżca, innymi słowy- we Lwowie budzi się prawdziwy lew. Rzucam się na podane mi mięsiwo bez żadnych oporów, a już na pewno bez zbędnego oczekiwania nie wiadomo na co. W błyskawicznym tempie moje ręce rozrywają kolejne części mięsa, a ja pochłaniam je z prędkością wygłodniałego zwierza, mając nareszcie ku temu okazję i sposobność.
                Mięsa już nie ma, szpik wyssany, już nawet kości zostały zjedzone… aczkolwiek to ostatnie padło ofiarą tutejszego psa, no ale nie zwracajmy uwagi na takie szczegóły. W karczmie gra skoczna, kozacka muzyka, działając silnie na emocje i prowokując do działania. Zrywam się na równe nogi, chwytam najbliższą z kelnerek i w takt stepowych, zaporoskich nut w karczmie rozpoczyna się namiętny, żywiołowy taniec. Wszystko przyspiesza, świat wiruje, liczymy się tylko ja i moja kelnerka, muzyka ciągle gra i przyspiesza, co raz szybciej, szybciej, szybciej…
                Witaj, nocy lwowska!
Napisano 18 lipca 2016 roku we Lwowie, w restauracji pod Arsenałem Miejskim (Muzeum Broni)

Darencjusz/Даренцйуш

czwartek, 28 lipca 2016

Obrona Kowalskiego

Mówisz mi, że zwariowałem? A na jakiej podstawie tak sądzisz? Masz na to jakieś dowody? A może twierdzisz tak tylko dlatego, że sam jesteś szalony? A jeśli tak jest, to w takim razie czym dla mnie mogą być twoje oskarżenia, jak nie słowami szaleńca? A jeśli masz rację, jeżeli twoje słowa są rzeczywiście prawdziwe, to jak ci się udało  we mnie rozpoznać moje szaleństwo? Tak naprawdę to nikt z nas chyba nie jest normalny, a wszyscy jesteśmy mniej lub bardziej nienormalni, co więcej, uzasadnić to można bardzo łatwo na takim przykładzie: dostałem kosza, bo byłem zbyt nachalny. Gdybym myślał rozsądnie i zachował się właściwie, to zapewne zachowywałbym się nieco inaczej, no bo przecież tylko szaleniec szkodzi sam sobie, kiedy nie jest postawiony w sytuacji podbramkowej, bo i po co miałbym zrobić coś takiego. A jednak do tego doszło, choć nic mnie do tego nie przymuszało, co więcej, sądziłem, że moje wiodące ku zgubie zachowanie przyniesie mi sukces. Jak wiadomo, stało się inaczej. A skoro tak, to czy aby nie jestem szalony? Co prawda nie mam na to papierów, no ale papier to tylko potwierdzenie jakiegoś stanu rzeczy, a żeby być wariatem, nie trzeba posiadać absolutnie niczego. Po tym krótkim wywodzie chciałbym Cię o coś zapytać, mój oskarżycielu: czy Ty możesz powiedzieć, że jesteś całkowicie normalny, czymkolwiek by ta normalność by być nie miała? Że nie ma w Tobie żadnych objawów szaleństwa, że zachowujesz się zupełnie normalnie i nie nosisz w sobie żadnego, choćby najmniejszego, złego odchylenia? Czy aby na pewno możesz nazwać siebie całkowicie zwyczajnym, zdrowym człowiekiem, wolnym od jakichkolwiek wariactw, choćby najdrobniejszych? Myślę, że nie ma potrzeby odpowiadania na to pytanie, bo odpowiedź na nie jest oczywista jak to, że Słońce krąży wokół Ziemi- a brzmi ona krótko- nie. Nie ma człowieka, który by był od tego wolny, więc wniosek nasuwa się sam- wszyscy, jak tu żyjemy, jesteśmy wariatami, kwestia jest tylko tego rodzaju, jak bardzo jesteśmy szaleni.
A skoro tak, to czy aby cała nasza cywilizacja nie jest wytworem kumulacji szaleństwa jej twórców? Czy wszystkie dzieła rozlicznych kultur całego naszego świata nie są tak naprawdę urzeczywistnieniem wizji, zrodzonych w głowach nieuleczalnych wariatów? Czy aby wszelkie nasze projekty, tworzone przez ludzi różnych profesji, nie są aby urzeczywistnieniem szaleńczych urojeń tych, którzy je tworzą? Czy nawet ten oto tekst nie jest opisem szalonych myśli swojego twórcy? Wolałbym nie znać odpowiedzi na to pytanie.
A tak na zakończenie… nie możemy się w żadnym stopniu oskarżać o jakiekolwiek szaleństwo, bo jak szaleniec może oskarżać szaleńca o to, że ten zwariował?
Dodam jeszcze tyle, że nie życzę nikomu pełni normalności.

Darencjusz